O Gdynia Design Days słyszałam już nieraz i chociaż od dłuższego czasu interesuję się szeroko pojętym designem, to na GDD jakoś nigdy nie było mi po drodze. Wspólnie z Dagmarą stwierdziłyśmy jednak, że nie można dłużej ignorować tak ważnego wydarzenia. Postanowiłyśmy, że nasza pierwsza filmowa opowieść będzie właśnie o tym festiwalu. Tym sposobem, w pewien deszczowy, lipcowy wieczór zawitałyśmy w progi Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego, aby sprawdzić, co nowego słychać w świecie.

Gdynia Design Days 2017 pod hasłem Sztorm

Tegoroczna, jubileuszowa edycja była bardzo nagłośniona w branżowych mediach i to tylko podsycało moją ciekawość. Oprawa graficzna i wizualna wydarzenia, materiały filmowe dystrybuowane w social mediach, strona internetowa – wszystko idealnie zgrane, dopracowane, tak, że można tylko oglądać i wzdychać z zachwytu. Motywem przewodnim 10. edycji GDD był Sztorm – nieokiełznana siła, której nikt i nic nie jest w stanie się oprzeć i chociaż potrafi ona siać zniszczenie, to gdy przemija pozostawia świat czysty, świeży, odmieniony, a nam daje zupełnie nowe spojrzenie. Tę orzeźwiającą siłę czuć było na każdym kroku podczas zwiedzania wystaw GDD w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym. Projektanci sięgali po niespotykane materiały, posługiwali się intrygującymi formami, patrzyli na to, co dobrze znane, swoimi oczami, reinterpretując największe klasyki gatunku. Ale może po kolei…

RE:MAIN, Sztorm, którego nie widać i Sploty na fali

Zwiedzanie wystaw zaczęłyśmy, jak się później okazało, nieco od końca, bo od ekspozycji zaprezentowanych w Budynku IV. RE:MAIN, według mnie najbardziej „odjechana” ze wszystkich wystaw, jakie tego dnia oglądałyśmy, „to zestaw przedmiotów, będących efektem warsztatów, podczas których doświadczeni projektanci poszukiwać będą rozwiązań projektowych, pozwalających utrzymać się na powierzchni.” (cytując opis z oficjalnej strony festiwalu). Autorom nie można odmówić ani polotu, ani finezji!

Z kolei ekspozycja Sztorm, którego nie widać skupiała się na pokazaniu procesu projektowego, czyli tego, czego zwykle nie widać gdy oglądamy finalne dzieło. W niewielkiej sali zaprezentowano wybrane projekty polskich projektantów, opisano, jak idee rozwijały się w ich głowach i jak je później urzeczywistniali. Moją uwagę zwróciły również pomysły na to, jak można by obniżyć cenę danego produktu, zmieniając pewien element produkcji czy samej koncepcji. Co prawda nie każdy z „eksponatów” mógł podlegać takiej optymalizacji, ale spodobało mi się, że autorzy nie traktują swoich dzieł jako skończonych, stale kombinując, jak je zmienić, ulepszyć, uczynić bardziej eko. Pewnie można by tak robić bez końca!

W tej części GDD obejrzałyśmy również Sploty na fali, czyli radosną twórczość plecionkarską. Śmiałam się w duchu, że czułam się tam trochę jak na wyprzedaży w ZARA, jako że koszyki wszelkiej maści są uznawane za modowy „must have” sezonu 😉 Ale Sploty na fali to nie tylko torebki i plecaki, to również siedziska, buty, pojemniki, lampy i inne domowe dekoracje. Osobiście zawsze miałam słabość do plecionek, więc inicjatywa wytwarzania obiektów codziennego użytku taką metodą szalenie mi się spodobała. Zresztą taki był cel tej ekspozycji. Jak czytamy w oficjalnym przewodniku festiwalowym: „Celem działania było zaprojektowanie współczesnych obiektów, możliwych do wytwarzania przez rzemieślników, a tym samym wsparcie plecionkarskiego rzemiosła tak, aby stało się atrakcyjne dla współczesnych odbiorców.” (tutaj źródło) Mam nadzieję, że plecionki wkrótce zawojują sklepowe półki i to nie tylko w ZARA!

Miasto na fali

Zbiór unikalnych projektów, które ożywiają przestrzeń miejską. Niektóre najchętniej wyniosłabym z sali wystawowej prosto na ulicę, aby proces odnowy i upiększania miasta zacząć tu, zaraz, już! Chodnik z miejscem na sadzenie roślin albo taki, który umożliwia swobodny przepływ wody deszczowej, tworząc pod naszymi wodną mozaikę, kojącą zmysły. Do tego barierka uliczna, na której można grać (sic!), wyjątkowa ława, wieszak na ciepłą odzież, aby w mroźne, zimowe dni osoby ubogie mogły z niej korzystać. A najbardziej spodobał mi się ostatni element wystawy, czyli głosowanie na najlepszy projekt. Kto wie, może już wkrótce odkryjemy te projekty również w naszych miastach!

Retrospekcje. Polski design XX wieku

Gdy tylko zobaczyłam tytuł wystawy na mapie Gdynia Design Days, od razu wiedziałam, że to będzie jeden z mocniejszych akcentów tego wydarzenia, jeśli nie najmocniejszy. Byłam szalenie ciekawa, co tam zobaczę i powiem Wam, że w pierwszej chwili totalnie zgłupiałam. Spodziewałam się typowych ikon polskiego wzornictwa, a tymczasem wszystko, co zaprezentowano na Retrospekcjach, było niby dobrze mi znane, a jednak jakieś takie… inne. Dopiero gdy przeczytałam opis wystawy już na miejscu, wszystko stało się jasne. Retrospekcje nie są zbiorem kultowych obiektów sprzed lat (te zaprezentowano na innej ekspozycji, o tym za chwilę), ale kolekcją przedmiotów inspirowanych polskim designem, zreinterpretowanych przez współczesnych twórców. Bang, teraz już wszystko się zgadza! Każdy przedmiot, jaki oglądałam na tej wystawie, mogłabym zabrać ze sobą do domu. Meble, urocze akcesoria, plakaty, zastawa stołowa… Naszym zachwytom nie było końca. Cały zbiór miał w sobie ducha przeszłości, ale nowe spojrzenie młodych projektantów tchnęło drugie życie w oswojoną przez nas klasykę polskiego designu. Doskonała wystawa!

Młodzi na start, czyli wystawa Elle Decoration

Oglądanie prac debiutujących projektantów było bardzo ciekawym doświadczeniem. Chociaż dobór prezentowanych dzieł nie pozostawia nic do życzenia, niektóre projekty wyglądały jak żywcem wyjęte z pracowni, mając jakieś drobne niedoróbki i wady. Być może w oczach jury byłoby to uznane za wadę, ale my, odwiedzające wystawę, traktowałyśmy to jako intrygujące niuanse. Tak naprawdę to one stanowiły o sile eksponowanych projektów – to nie były idealnie dopracowane meble i przedmioty, które już teraz mogłyby zawojować światową ligę designu, ale takie, które są obietnicą nadchodzących wielkich artystów. Śmiem sądzić, że już wkrótce wielu z autorów, którzy zostali wyróżnieni przez Elle Decoration, będą się do nas uśmiechać z pierwszych stron branżowych magazynów. Szerze im tego życzę!

Elementarz Polskiego Designu

Absolutnie najlepsza część wszystkich wystaw GDD. To było jak wyprawa na strych, gdzie zebrano wszystkie przedmioty z mojego dzieciństwa i te, które nieraz widywałam w domu moich rodziców i dziadków. Takie, które z biegiem lat wylądowały gdzieś na dnie komody czy szafy, ale tutaj święciły swoje triumfy. 100 lat Polskiego Designu, 100 przedmiotów z tego okresu, każdy zadbany, pięknie wyeksponowany i zreinterpretowany przez najlepszych polskich ilustratorów i grafików. Wiele z nich utkwiło w mojej głowie przed laty i do dzisiaj mam z nimi osobiste wspomnienia. Muszę z miejsca podziękować organizatorom wystawy za tę wspaniałą podróż sentymentalną, jaką mi zorganizowali.

Obejrzyj naszą relację!

 

***

Pierwsze doświadczenia z Gdynia Design Days za nami. Mam nadzieję, że podczas przyszłorocznej edycji uda mi się zobaczyć i doświadczyć jeszcze więcej. Cieszę się, że istnieją takie wydarzenia i że z łatwością trafiają do wielu ludzi, nawet takich, którzy niekoniecznie mogą się pochwalić bogatym, designerskim portfolio (czyli np. do mnie). Na bieżąco obserwowałam fotorelacje z trwającego ponad tydzień festiwalu GDD i z uśmiechem na twarzy oglądałam m.in. zdjęcia z warsztatów garncarstwa, gdzie widać było starsze panie, zapewne gospodynie domowe, wspólnie lepiące naczynia z ceramiki. Myślę, że Gdynia Design Days 2017 to inicjatywa, która integruje nie tylko znawców artystycznych dziedzin, ale też „zwykłych” mieszkańców. Jest bliska każdemu i w cudowny sposób uświadamia nam, że projektowanie dotyczy każdego z nas, na każdym kroku naszego życia. Od wymyślnych urządzeń, które niekoniecznie pasują do przestrzeni domowej, przez kultowe meble i dekoracje, urocze plecione siedziska, aż po tą szarą płytę chodnikową, którą codziennie przemierzamy drogę do domu, a którą kiedyś też ktoś przecież zaprojektował.

ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz