mousse odnalazł MIŁOŚĆ

Królewska Fabryka Karabinów mieszcząca się w gdańskiej dzielnicy Dolne Miasto to przestrzeń przeznaczona na wszelkiego rodzaju działania artystyczne. Pofabryczne budynki zaadaptowane są nie tylko na biura, czy restauracje. W zakamarkach starej fabryki pewnego dnia znalazłyśmy coś zaskakującego i … absolutnie pięknego! W tej samej minucie, w której przekroczyłyśmy próg tego niesamowitego miejsca, postanowiłyśmy tu wrócić. Z aparatem i chęcią poznania niezwykłej historii, która się za tym miejscem kryje.

Stare mury, odpadające tynki, stalowe drzwi i wszechobecna surowość… W takim właśnie otoczeniu mousse odnalazł MIŁOŚĆ.

Poznajcie historię Kai Szostak, która w nieoczywistym otoczeniu stworzyła równie nieoczywisty salon sukien ślubnych. Poznajcie historię MIŁOŚCI.

ZAUROCZENIE

Kaja Szostak (KS): Już jako mała dziewczynka byłam zauroczona ślubami i całą ich otoczką. To zauroczenie towarzyszyło mi całe moje dziecięce i nastoletnie życie. W wieku 18 lat powiedziałam nawet rodzicom, że nie idę na studia medyczne i zostaję konsultantem ślubnym. Kiedy to usłyszeli, powiedzieli tylko: „Kim?! Nie ma mowy!” (śmiech) Konsultantem ślubnym, jak widać, nie zostałam…

Kaja nie została również młodym przedsiębiorcą, a przynajmniej nie od razu. Jak na dobrą córkę i przykładną uczennicę przystało, zdała maturę, poszła na studia, zaczęła pracę na etacie. Zdobywała wykształcenie, zawodowe doświadczenie, a myśli o tym, żeby założyć własną działalności, schowały się gdzieś głęboko. Jednak życie bywa przewrotne i czasem los sam kieruje nasze ścieżki na tory, o których zawsze marzyliśmy. Dzieje się to z reguły wtedy, kiedy już dojdziemy do wniosku, że jesteśmy w tym miejscu, w którym być powinniśmy i właściwie do końca nie wiemy, dlaczego tak bardzo chcieliśmy być jednak gdzieś indziej. Żyć inaczej, po swojemu.

KS: 3 lata temu na świecie pojawił się mój synek Staś. I to właśnie jego narodziny dały mi ogromną motywację, żeby założyć własną działalność. Całkowicie przewartościowałam swój sposób myślenia. Chciałam mieć świadomość, że jeśli tylko będę potrzebowała wolnego, kiedy na przykład Stasiek zachoruje, to po prostu zostanę w domu. Ważne było dla mnie poczucie, że nikt nie będzie mi nic narzucał. Wiedziałam też, że nie jestem do końca stworzona do tego, żeby pracować dla kogoś. Nie mogłam się pogodzić z faktem, że pracując na etat czasem zmuszona jestem robić coś, do czego nie jestem przekonana, czego do końca nie czuję. A już ponad wszystko miałam przekonanie, że tylko my możemy tak naprawdę docenić samych siebie, ponieważ wiemy, ile wkładamy w dane zadanie pracy i energii. I cały czas, gdzieś z tyłu głowy, miałam wciąż to marzenie małej dziewczynki, żeby zająć się czymś związanym ze ślubami. A skoro jednocześnie bardzo kocham modę, wybór był prosty.

Pomimo ryzyka i ogromnego strachu postanowiłam otworzyć salon sukien ślubnych.

Kaja zrealizowała swoje postanowienie. Rzuciła pracę na etacie, żeby poświęcić się swojej pasji. MIŁOŚĆ Atelier powstała w kwietniu tego roku i od razu szturmem zdobyła serca przyszłych panien młodych. Tak innego miejsca brakowało na mapie trójmiejskich salonów sukien ślubnych.

Zakochanie

Nie chciałabym, żebyście odnieśli mylne wrażenie, że Kaja otworzyła MIŁOŚĆ w sekundę i z łatwością, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kiedy jej uczucie do ślubów ewoluowało, a zauroczenie zamieniło się w zakochanie, zapadła decyzja o tym, aby swoją dotychczasową pasję uczynić również swoją pracą. Zanim jednak marzenia przybrały namacalną postać, Kaja pokonała kawał swojej życiowej drogi. A droga ta, jak sami przeczytacie, niekoniecznie była usłana różami.

KS: Początki nie były łatwe. W trakcie otwierania salonu pisałam pracę magisterską, pracowałam, zajmowałam się dzieckiem i przygotowaniami do własnego ślubu. W życiu staram się wszystko robić najlepiej, jak umiem, więc w całym przedsięwzięciu wymagałam od siebie doskonałości. Ważne było dla mnie, żeby MIŁOŚĆ stała się miejscem, w którym każdy szczegół będzie przemyślany i zaplanowany, nie chciałam kluczowych rzeczy pozostawić przypadkowi. Dlatego wszystko od początku do końca starałam się robić samodzielnie: jeździłam do projektantów i rozmawiałam z nimi o współpracy, wybierałam i projektowałam elementy wnętrza, panowałam nad remontem i dostawami. Nieocenioną pomocą okazał się mój mąż, bez którego wsparcia, nie tylko mentalnego, MIŁOŚĆ pewnie by nie powstała. Ten czas był bardzo intensywny, ale opłaciło się.

Branża ślubna nie jest łatwa i rozwija się w szalonym tempie. Salonów sukien ślubnych jest mnóstwo, a wybór sukienek przeogromny, wręcz przytłaczający. Jak to się stało, że pomimo krótkiego czasu od otwarcia, MIŁOŚĆ Atelier cieszy się tak ogromną popularnością? Co wyróżnia go na tle innych miejsc o podobnym profilu działalności?

KS: Muszę przyznać, że szukanie sukni ślubnej w moim przypadku było, delikatnie ujmując, nieprzyjemnym obowiązkiem. Nie chciałam, żeby moje klientki miały podobne do moich doświadczenia. Zależało mi na tym, aby nie był to kolejny zwykły salon sukien, do którego wchodzisz z ulicy i wybierasz model, jakich wiele. Postanowiłam więc stworzyć miejsce wyjątkowe, w którym kupić będzie można tylko nadzwyczajne okazy. 

Stworzenie wyjątkowego miejsca na pewno się Kai udało. Nie ma chyba w Polsce innego salonu sukien ślubnych zlokalizowanego w starej fabryce. Również same kreacje, które można kupić w atelier, są szczególne. Każdy model czymś się wyróżnia. Widać, że Kaja poświęca dużo czasu, aby do swojego salonu sprowadzać tylko perełki mody.

KS: Wszystkie suknie, bez wyjątku, pochodzą od polskich projektantów. Nie zależy mi na ilości modeli, ale na ich jakości i różnorodności. Wiem, że projektanci, z którymi współpracuję, używają dobrych materiałów i dbają o każdy szczegół. Z partnerami MIŁOŚCI rozmawiam osobiście, chcę ich poznać i sprawdzić, czy kierują się podobną do mojej filozofią. Ważne jest dla mnie, aby współpracować z ludźmi, którzy chcą dawać innym to, co ja.

KS: Co jeszcze wyróżnia MIŁOŚĆ? Dbałość o klienta. Dziewczyny nigdy nie pozostają dla mnie anonimowe. Z każdą umawiam się na spotkanie w salonie i rezerwuję dla niej kilka godzin. Wszystko po to, żeby nie wybierać sukienki w pośpiechu i żeby panna młoda czuła, że ten czas jest rzeczywiście przeznaczony tylko dla niej. Często jestem dla nich trochę jak przyjaciółka, szczególnie, kiedy przychodzą do mnie same, bez mam, sióstr czy koleżanek. Polegają wtedy na moim zdaniu, oczekują porady i obiektywnej opinii. Dlatego tak bardzo stawiam na szczerość. Nie mówię klientkom, że wyglądają pięknie, kiedy wiem, że tak nie jest. Naprawdę zależy mi, żeby w tym szczególnym dniu ślubu czuły się wspaniale, a niekoniecznie na tym, żeby kupiły jakąkolwiek sukienkę, byle w moim salonie.

Miłość

Kaja dużo mówi o wyjątkowości stworzonego przez nią salonu i faktycznie, jej atelier nie można tej wyjątkowości odmówić. Już samo wnętrze MIŁOŚCI jest absolutnie niezwykłe: z jednej strony surowe, a z drugiej wciąż bardzo kobiece.

KS: Nie przepadam za przesłodzonymi wnętrzami z mnóstwem kryształków ani za takimi, które pozornie mają być spokojne, jasne, a tak naprawdę po prostu nie mają wyrazu. A to właśnie charakteryzuje większość salonów sukien ślubnych. Zależało mi na tym, aby moje miejsce było zupełnie inne, żeby miało swój klimat, duszę, charakter. Najpierw myślałam o tym, żeby salon zlokalizować w kamienicy. Szybko jednak doszłam do wniosku, ze w kamienicach może powstać jeszcze wiele takich miejsc. Zaczęłam więc szukać starej, industrialnej przestrzeni. Znalazłam lokal tutaj, w Królewskiej Fabryce Karabinów. Właściciel pokazał nam to wnętrze i muszę przyznać, że wówczas było naprawdę straszne (śmiech), ale ja od razu wiedziałam, że to jest to. Powiedziałam: „Biorę!”

Zastanawiałam się, skąd pomysł na takie urządzenie wnętrza salonu sukien ślubnych. MIŁOŚĆ pełna jest sprzeczności, a jednocześnie sprawia wrażenie bardzo spójnego wnętrza. Tutaj stare miesza się z nowym, beton zestawiony jest ze złotem i welurem, a delikatne koronki eksponowane są na tle surowych ścian. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to totalny misz-masz,  ja jednak powiedziałabym, że panuje tu kontrolowany nieład. Myślę, że niejeden architekt wnętrz pozazdrości Kai takiego wyszukanego smaku i łatwości w komponowaniu elementów pozornie do siebie niepasujących.

KS: Lubię wiele stylów i nie chciałam z żadnego rezygnować, dlatego żeby zaspokoić wszystkie moje pragnienia, musiałam w jakiś sposób je połączyć. Starałam się jednak nie przeładować tego miejsca ilością mebli i dodatków. W końcu najważniejsza ma być tu panna młoda. W centralnym punkcie salonu umieściłam dużą przymierzalnię, żeby móc swobodnie poruszać się za zasuniętą tkaniną. Chciałam też mieć tu wygodną kanapę, żeby dziewczyny, które przyprowadzą ze sobą mamę, siostrę i przyjaciółkę, nie musiały obawiać się, że jej towarzyszki nie będą miały gdzie usiąść. Ważnymi elementami są oczywiście wieszaki na suknie, które mają eksponować wszystkie sprzedawane przeze mnie modele. Kolejne meble, które się tu pojawiły, są po postu odpowiednio dobranymi dodatkami.

Zdaję sobie sprawę, że wnętrze jest „inne” i nie każdemu się spodoba. To jednak sprawia, że do mojego atelier przychodzą klientki, które są wymagające i oczekują czegoś szczególnego. I właśnie to im daję: wyjątkowe suknie eksponowane w niecodziennym miejscu.

Jesteście ciekawi skąd wzięła się tak prosta, a jednocześnie niezwykle oryginalna nazwa? Zawsze pytamy o to naszych rozmówców i prawie za każdym razem słyszymy w odpowiedzi, że znalezienie nazwy nie należało do najłatwiejszych. Teraz też nie było inaczej.

KS: Nazwa powstawała w bólach! (śmiech) Długo się nad nią zastanawiałam. Bardzo łatwo przychodziły mi do głowy angielskie słowa, bo wydają mi się dużo przyjemniejsze i wdzięczniejsze. Potem jednak pomyślałam, że jeśli w salonie sprzedawane będą suknie tylko polskiej produkcji, to nie ma sensu nazywać go po angielsku. Zanim zapadła ostateczna decyzja, poprosiłam koleżankę, która zajmuje się marketingiem w social mediach, żeby coś mi podpowiedziała. Miałam kilka własnych propozycji, ona przygotowała swoje. Kiedy je zestawiłyśmy okazało się, że tylko jedna nazwa znajduje się na obu listach: miłość. Pomyślałam, że skoro to miejsce powstało z miłości i skoro dziewczyny przychodzą tutaj z miłości, to miejsce rzeczywiście powinnam nazwać po prostu MIŁOŚĆ.

I żyli długo i szczęśliwie

Jakie są dalsze plany i marzenia Kai? Czy planuje rozbudować swoją markę?

KS: Na razie jestem tutaj i teraz. Cały czas rozwijam to miejsce, promuję je. Już nie raz odpowiadałam na pytanie, czy chciałabym, żeby MIŁOŚĆ powstała w jakimś innym mieście. Odpowiem tak samo, jak zawsze: nie! Wydaje mi się, może nieskromnie, że sercem MIŁOŚCI w jakiś sposób jestem ja sama. Nie wyobrażam sobie oddać tego w inne ręce. Ze zleceniami, jak na razie, radzę sobie sama, panuję nad wszystkim, każda rzecz od początku do końca zrobiona jest tak, jakbym ja tego chciała. Co będzie, jeśli będę miała tyle klientek, że przestanę dawać sobie radę? Szczerze: nie wiem! (śmiech) Myślę jednak, że ciężko będzie mi znaleźć kogoś, kto poczuje to tak, jak ja i dla kogo ta praca nie będzie polegała na odbębnieniu rutynowych 8 godzin. Ale zobaczymy! Mam nadzieję, ze wszystko jakoś się ułoży.

Tego akurat jesteśmy pewne!

Zadałyśmy Kai jeszcze jedno pytanie, które nas nurtowało. Zjawisko porzucania ciepłych posadek dla własnego biznesu można ostatnio określić mianem wiodącego trendu wśród naszych rówieśników. Kaja jest tego kolejnym przykładem. Ciekawiło nas, jak odnajduje się w tej sytuacji, jakie są plusy obecnego stanu i czy nie boi się, że kiedyś zabraknie pań, które będą zainteresowane ofertą stworzonego przez nią atelier.

KS: Uważam, że decyzja o porzuceniu etatu dla MIŁOŚCI była jedną z najlepszych w moim życiu. Mam miejsce, o którym marzyłam już jako mała dziewczynka. Robię coś, co kocham i co sprawia mi ogromną satysfakcję. Nikt nie narzuca mi swojego zdania, więc wiem, że wszystkie podjęte przeze mnie kroki są zgodne z moimi przekonaniami. Mam więcej czasu dla siebie, dla rodziny. Co jeszcze? Jestem pewna, że siedząc za biurkiem nie poznałabym tylu cudownych ludzi. Dziewczyny, które tu przychodzą, są w jakiś sposób nietypowe, zawsze pełne zapału i pasji. Dużo rozmawiamy, poznajemy się, śmiejemy. To sprawia, że mam absolutne przekonanie, że takie miejsce jak MIŁOŚĆ ma sens. A strach? Jasne, że czasem się boję. Niekiedy zastanawiam się, co będzie, jeśli klientki przestaną przychodzić. Staram się jednak nie poświęcać takim myślom zbyt dużo czasu.

Miłość nigdy nie zniknie, pary dalej będą się pobierać. Więc gdzieś w głębi serca mocno wierzę, że i moja MIŁOŚĆ będzie trwała wiecznie.

***

I to jest właśnie najprostsze, a zarazem najpiękniejsze podsumowanie tej inspirującej historii. Życzymy więc Kai, i sobie, i wszystkim Wam, aby miłość trwała wiecznie. A jeśli kiedyś przyjdzie pora na Wasze zaślubiny, niech miłość zaprowadzi Was… do MIŁOŚCI.

Wywiad i zdjęcia: Hania (kroniki.studio) i Dagmara

Retusz zdjęć: Dagmara

Rozmawiałyśmy z właścicielką MIŁOŚĆ Atelier, cudownie inspirującą Kają Szostak.

ZapiszZapisz